Mamy czas tylko do 21 grudnia 2012 r. - Już za chwilę koniec świata

Witaj, Gościu! [ Rejestracja | Logowanierss

 

 

Mamy czas tylko do 21 grudnia 2012 r. – Już za chwilę koniec świata

  • Data publikacji: 13 grudnia 2012 21:51
  • Dodane przez: Greg




Mamy czas tylko do 21 grudnia 2012 r. – Już za chwilę koniec świata
Mamy czas tylko do 21 grudnia 2012 r. - Już za chwilę koniec świata - Zdjęcie 1Mamy czas tylko do 21 grudnia 2012 r. - Już za chwilę koniec świata - Zdjęcie 2

Mamy czas tylko do 21 grudnia 2012 r. I koniec. Ziemia zmieni bieguny albo zderzy się z Planetą X. Ale wcześniej można na ludzkim strachu zrobić niezły biznes.

Tajne grupy organizują specjalne obozy przetrwania. Firmy oferują niezatapialne jachty i specjalne schrony. Agencje rządowe ostrzegają przed falą zbiorowych samobójstw. Ludzie wykupują najdrobniejsze skrawki terenów uznanych za oazy bezpieczeństwa. Setki książek i tysiące witryn internetowych szczegółowo opisują nadchodzącą apokalipsę.

Oto krajobraz zbiorowej histerii, jaka ogarnęła Zachód w związku z końcem świata. Prorocy nadchodzącej apokalipsy twierdzą, że nastąpi ona 21 grudnia 2012 r. Wtedy właśnie, przekonują, kończy się kalendarz Majów, którzy dysponowali ponoć niebywale precyzyjną wiedzą na temat praw rządzących wszechświatem. Znacznie większą niż współcześni astronomowie. Sytuacja jest na tyle poważna, że nawet NASA opublikowała na swojej stronie internetowej uspokajające oświadczenie w tej sprawie. Na niewiele to się zdało.

Nuklearny armagedon

Władze Lesotho, niewielkiego królestwa w afrykańskich Górach Smoczych, położonego na wysokości powyżej 2000 metrów n.p.m., pozostają niewzruszone. Od kilku lat konsekwentnie odmawiają sprzedaży ziemi i utworzenia na ich terenie obozu przetrwania. Nie przyjmują do wiadomości żadnych argumentów. Arogancko i krótkowzrocznie zasłaniają się przepisami: Lesotho to park narodowy i żadnych bunkrów budować nie wolno. Tymczasem skrupulatne matematyczne wyliczenia, drobiazgowe analizy egipskich papirusów i kalendarza Majów, których dokonał Patrick Geryl, pokazują wyraźnie: Lesotho to właściwie jedyne miejsce na Ziemi, w którym 21 grudnia 2012 r. ludzkość ma szansę przetrwać.

Patrick Geryl, pochodzący z Belgii astronom amator, fizyk amator, archeolog amator i prorok amator, jest najpopularniejszym, a jednocześnie najbardziej kontrowersyjnym autorem książek o końcu świata, który ma nastąpić już za chwilę. W Polsce sprzedało się ich kilkadziesiąt tysięcy. „Proroctwo Oriona na rok 2012”, „Światowy kataklizm w 2012 roku” i „Jak przeżyć kataklizm roku 2012” już dawno zniknęły z księgarń.

Zresztą, jak podkreśla sam autor, ich lektura tak czy inaczej niewiele nam pomoże. Jeśli już, lepiej kupować literaturę fachową – podręczniki medycyny, budowy maszyn, konstruowania komputerów, a przede wszystkim wytwarzania podstawowych surowców, takich jak żelazo, ogień czy papier. I jak najszybciej – z tymi wszystkimi książkami, niezbędnymi do odbudowania cywilizacji po grudniowej pożodze – uciekać w stronę hiszpańskiego pasma gór Sierra Nevada, a w najgorszym razie w dowolne góry, byle powyżej 2000 metrów. Skoro Lesotho odpada, może uda się przetrwać w Hiszpanii. Choć szanse na to są ponoć minimalne.

Rzecz w tym, że 21 grudnia 2012 r. – w dniu, w którym, jak twierdzi Geryl, kończy się kalendarz Majów – Słońce wyemituje impuls elektromagnetyczny o niespotykanej dotąd sile. Ten impuls spowoduje błyskawiczne przebiegunowanie Ziemi. Biegun północny stanie się południowym, a południowy – północnym. Armagedon rozegra się mniej więcej w ciągu godziny. Ziemię przeszyją gigantyczne wstrząsy. Oceany i morza wystąpią z brzegów. Wysoka na półtora kilometra, pędząca z prędkością czterech tysięcy kilometrów na minutę fala zaleje cały świat. Temperatura spadnie poniżej dwudziestu stopni, a na niebie – na czterdzieści lat – zawiśnie ogromna chmura z pyłu wulkanicznego, skutecznie uniemożliwiająca dotarcie do Ziemi nawet najdrobniejszemu słonecznemu promieniowi. Jak Geryl to obliczył? Tego – co sam lubi podkreślać z wyraźną dumą – nie rozumie nikt poza nim.

To jednak nie wszystko. Teren zajmowany dotychczas przez Europę i Stany Zjednoczone zostanie dodatkowo skażony przez zniszczone reaktory jądrowe i broń nuklearną. Jeśli udałoby się jakoś przetrwać, trzeba się przygotować na konfrontację z zabójczym promieniowaniem. Trudno więc powiedzieć, co gorsze.

Mimo to Patrick Geryl nie załamuje rąk. Od kilku lat tworzy grupę (można się do niej zapisać za pośrednictwem jego strony internetowej www.howtosurvive2012.com), która podobno buduje specjalny obóz gdzieś w hiszpańskim paśmie górskim Sierra Nevada. Dlaczego właśnie tam, skoro ryzyko skażenia jest ogromne? Odpowiedź jest prosta – nigdzie indziej Gerylowi i jego grupie nie pozwolono się osiedlić. Jak się nie ma, co się lubi – trzeba lubić, co się ma. Po armagedonie grupa spróbuje się więc przenieść ze skażonej Europy do nieskażonej Afryki, aby dać początek nowej cywilizacji. W jaki sposób to się stanie, pozostaje ich tajemnicą. My się o tym jednak z całą pewnością nie dowiemy. Niezależnie zresztą od tego, co naprawdę stanie się 21 grudnia 2012 r.

Planeta, której nie ma

Nancy Lieder to przemiła starsza pani mieszkająca gdzieś w stanie Wisconsin w Stanach Zjednoczonych. Od lat 90. prowadzi niezwykle popularną stronę internetową www.zetatalk.com. Z godną podziwu regularnością informuje setki tysięcy swoich czytelników o przekazach, jakie otrzymuje od zamieszkujących odległą galaktykę kosmitów, nazywających siebie Zetanami. Zetanie po raz pierwszy skontaktowali się z nią, kiedy była dzieckiem, ale znajomość z prawdziwego zdarzenia zawarli w 1993 roku. Wtedy to zainstalowali w jej głowie implant umożliwiający bezpośrednią komunikację. Niewykrywalny, rzecz jasna, przez żadne dostępne ludzkiej technice urządzenia. Jedną z pierwszych informacji, jaką Zetanie przekazali Nancy Lieder, była niezbyt wesoła wieść. Oto – twierdzili Zetanie – w 2012 r. w Ziemię uderzy Planeta X. Również niewykrywalna przez żadne dostępne ludzkiej technice urządzenia.

Wiarygodność Zetan została poważnie nadszarpnięta w 1997 r. Wtedy to Nancy Lieder – o czym poinformował nawet „The New York Times” – wydała oficjalne oświadczenie. Przekonywała, że kometa Hale-Boppa, którą można było wówczas gołym okiem obserwować na niebie, tak naprawdę nie istnieje. Owa kometa – pisała Lieder – jest w gruncie rzeczy zwykłym oszustwem mającym na celu odwrócenie naszej uwagi od realnego zagrożenia, jakim jest zbliżająca się do Ziemi Planeta X.

I chociaż co do istnienia komety Hale-Boppa nie ma i nie było nigdy najmniejszych wątpliwości, Nancy Lieder w jednej chwili stała się gwiazdą rozmaitych grup dyskusyjnych i forów internetowych zrzeszających miłośników teorii spiskowych oraz apokaliptycznych przepowiedni. Planetę X błyskawicznie skojarzyli oni z niejaką Nibiru, planetą, której istnienie postulował w swoich książkach słynny pseudonaukowiec i samozwańczy badacz dawnych cywilizacji, zmarły w 2010 r. Zecharia Sitchin. Na trop Nibiru, nazywanej przez niego dwunastą planetą, Sitchin wpadł, studiując pradawne sumeryjskie mity.

Nancy Lieder – powołując się na Zetan – potwierdziła, że Planeta X i Nibiru to ten sam obiekt. Sitchin wprawdzie protestował, twierdząc, że Nibiru co jakiś czas zbliża się do Ziemi, ale się z nią bynajmniej nie zderza i że jej kolejnej wizyty w okolicach Błękitnego Globu możemy spodziewać się najwcześniej w 2090 r. Nikt go jednak nie słuchał. Informacja o planowanym na 2012 rok zderzeniu Ziemi z dwunastą planetą stała się jedną z najbardziej popularnych teorii dotyczących końca świata.

Sama Nancy Lieder jest jednak spokojna. – Faktycznie – mówi mi przez Skype’a – w okolicach grudnia 2012 r. nastąpi zderzenie Planety X z Ziemią, wskutek czego ta ostatnia zostanie całkowicie zniszczona. Ja sobie poradzę, ponieważ Zetanie zabiorą mnie wcześniej do siebie.

A ludzkość? – pytam cokolwiek patetycznie. Lieder najpierw dobrodusznie się śmieje, potem zaś ujawnia scenariusz – rzecz jasna, zaczerpnięty od Zetan – o którym sama mówi, że może się wydawać na pierwszy rzut oka nieco osobliwy. Według Zetan po całkowitym zniszczeniu Ziemi, wskutek czego zginie cała ludzkość – ludzkość owa reinkarnuje się po prostu na innych planetach.

Warunki naszego nowego życia po 2012 r. nie będą jednak w najmniejszym stopniu przypominały obecnych. Zostaniemy mianowicie masowo przeniesieni na planety całkowicie wypełnione wodą, a ciała, w których odrodzą się nasze dusze, będą wyglądały jak wielkie ośmiornice. – Wiem, że brzmi to dziwnie – mówi Nancy Lieder, kiedy nieopatrznie zdradzam zaskoczenie – ale tak po prostu jest. Nic na to nie poradzę.

Na jednym z nagrań dostępnych w serwisie YouTube prof. David Morrison, astronom z NASA, który bardzo często zabiera głos w kwestii roku 2012, przekonując, że żadnego kataklizmu ani wtedy, ani później nie będzie – komentuje rewelacje o Nibiru oraz reinkarnacjach na wodne planety, znacząco stukając się w głowę.

Z kolei naukowcy zajmujący się badaniem cywilizacji Majów mówią wyraźnie – ich kalendarz na 21 grudnia 2012 wcale się nie kończy. Przeciwnie – rozpoczyna się po prostu kolejna epoka. Majowie operowali bowiem cykliczną koncepcją czasu – zatem pojęcie „końca świata“ nie miało dla nich najmniejszego sensu. Poza wszystkim zaś, jak informuje NASA w opublikowanym niedawno specjalnym oświadczeniu, kula ziemska jest całkowicie bezpieczna i w ciągu najbliższych tysiącleci nie grozi jej z całą pewnością globalny kataklizm. Nie grozi jej przebiegunowanie, a tym bardziej kolizja z planetą Nibiru, której istnienia nie potwierdzają żadne profesjonalne astronomiczne badania czy ekspertyzy.

Koniec – ale czego?

Jednak ani badacze cywilizacji Majów, ani prof. Morrison, ani też NASA we wspomnianym oświadczeniu dementująca zarówno pogłoski o przebiegunowaniu, jak i kolizji z jakąkolwiek planetą, nie są w stanie przekonać zwolenników Patricka Geryla, Nancy Lieder oraz ich licznych naśladowców niecierpliwie oczekujących na globalną zagładę. Na początku roku francuska agencja rządowa MIVILUDES, zajmująca się monitorowaniem działalności niebezpiecznych grup religijnych, wydała ostrzeżenie o mogącej nastąpić w okolicach grudnia fali masowych samobójstw. Zagraniczni turyści i tajemniczy biznesmeni zaczęli zjeżdżać do miejscowości Bugarach położonej w Pirenejach – koczować tam albo wykupywać grunty. Internetowa plotka głosi, że jest to jedno z nielicznych miejsc mających szansę ocaleć. (Geryl co prawda uważa, że ludzie w Bugarach to nieświadomi samobójcy, którzy zostaną zalani półtorakilometrową falą).

Amerykański biznesmen Robert Vicino założył doskonale prosperującą firmę zajmującą się budowaniem luksusowych schronów. Twierdzi, że w samej tylko Europie wybudował ich już grubo ponad pięć tysięcy. Z kolei belgijska firma ETAP – prawdopodobnie powiązana z Patrickiem Gerylem, bo poleca on korzystanie z jej usług – produkuje i sprzedaje niezatapialne łodzie, gwarantujące ponoć przetrwanie nawet półtorakilometrowej fali.

Ruch wokół 21 grudnia 2012 r. to zatem także, jak widać, całkiem niezły biznes. Jeśli jednak, jakimś cudem, 22 grudnia nadal tu jeszcze będziemy, biznes ten, w przeciwieństwie do świata, najprawdopodobniej definitywnie się skończy. Chyba że ktoś natrafi na jakiś stary dokument i wyznaczy nową datę końca świata. Wtedy wszystko zacznie się od początku.

Źródło: newsweek.pl

Podobne:



Dodaj komentarz